jeza_red (jeza_red) wrote in slowa_pisane,
jeza_red
jeza_red
slowa_pisane

Fik: Drugi Świat

Nie zabijajcie mnieXD Przynoszę fika, który jest tak jakby początkiem czegoś dłuższego, jeżeli kiedykolwiek udami się to skończyć^_^" 

Tytuł: Drugi Świat.
Fandom: Hellboy - oba filmy
Postacie: John Myers, książę Nuada.
Warning: Martwe elfy, tyle^^ Nieścisłość pewna z drugim filmem, bo założyłam, że ciało księcia dostało się w łapy BRPD.
O czym: John wrócił z Antarktydy i wadł po same uszy w chaos administracyjny, który zapanował po odejściu Hellboya, Liz i Abe'a z agencji - i jakoś musi sobie radzić z tym, że znów został sam.


     Ciało na katafalku było zimne. Nie tym normalnym chłodem martwych rzeczy (i, czy to nie straszne, gdy człowiek wie dokładnie, jak zimne powinno być prawdziwe martwe ciało?). było zimne, jak kamień, na którym leżało i tak samo twarde.

     John nie tak wyobrażał sobie Sidhe. Gdy słyszał słowo „elf”, w jego myślach pojawiał się obraz smukłej, jasnej istoty o długich, jedwabistych włosach i łagodnej twarzy. Tak było we Władcy Pierścieni. Z bajek zasłyszanych w dzieciństwie wynikało też, że elfy miały skrzydła – małe, tęczowe skrzydełka.

     Cóż, może bracia Grimm i Tolkien mówili o innych elfach, takich, które nie chciały sprzątnąć ludzkości i przywrócić Starego Ładu?

     W tym przypadku zgadzały się tylko jedwabiste włosy i jasność. A raczej bladość. Czy białość?

     John nie chciał wiedzieć, jak w ręce agencji trafiło to ciało, nawet specjalnie prosił by mu nie mówiono. Fakt pozostawał faktem – mieli je w chłodni i nie wiedzieli, co dalej zrobić. Nowa dyrekcja BRPD miała więcej oleju w głowie, niż odżałowany Manning i nie ignorowała niczego, co mogło się okazać niebezpieczne. Nie pchała też paluchów tam, gdzie mogła je stracić. Tak, od czasu, gdy straciła troje swoich najlepszych… agentów, wiele się zmieniło.

     Widział to na własnym przykładzie. Kto by pomyślał, że po powrocie z Antarktydy awansuje na starszego agenta specjalnego? Prawda, wrócił w formie lepszej, niż kiedykolwiek przedtem, ale to była raczej zasługa okoliczności. Nikt nie powiedział mu, że na tym lodowym zadupiu jest około setki rzeczy, które miały chrapkę na jego obiad. A już z pewnością nikt mu nie powiedział o tych pozostałych dwóch setkach, które chciały obiad zrobić z niego. W każdym razie miało miejsce dużo biegania, siłowania się i wspinania po ośnieżonych stokach. Baza na biegunie składała się z kilkunastu namiotów i kilkudziesięciu agentów, którzy mieli ręce pełne roboty niemalże non-stop, więc albo się człowiek przyzwyczajał, albo umierał z głodu, albo zamarzał.   

     Hellboy chciał mu zrobić chrzest ognia, i zrobił. Gdyby tylko John mógł go za to opieprzyć osobiście.

     Niestety, czerwony olbrzym i jego mała rodzinka byli nieuchwytni. Ponoć współpracowali z rządem brytyjskim, ale nie było to nic pewnego. Unikali kontaktów z BRPD i rządem USA – i na dobrą sprawę agent Myers im się nie dziwił. Trochę go to ubodło, że nie zostawili mu nawet kartki pożegnalnej, ale po jakimś czasie przestał o tym myśleć. Było zbyt dużo do zrobienia, by poddawać się rozpaczy.  

     No więc, awansowano go. Niby dlatego, że miał doświadczenie w radzeniu sobie z demonami, duchami i potworami – niepotrzebne skreślić – twarzą w twarz. Nie mógł zaprzeczyć, goniąc za Hellboyem przez kilkanaście misji z kolei, zdążył zobaczyć to i owo. Ale to nie przygotowało go do pełnienia funkcji przywódczych, a dokładnie w taką chcieli go wcisnąć przełożeni.

     Co on miał niby zrobić, zająć miejsce trzech osób, które dotychczas ciągnęły BRPD do przodu? On i jaka armia?

     Agencja nie mogła już liczyć na to, że jej ludzie z bronią w ręku wbiją się w środek zawieruchy i pokonają wszystko, co stanie im na drodze. Tak mógł tylko Hellboy. W starciu jeden na jednego z nadnaturalnym, człowiek zawsze przegrywał – Manning zauważył to odrobinę za późno.

     Nadzieja leżała teraz w wiedzy, która bez Abe’a stała się o wiele trudniej dostępna. Biblioteka świętej pamięci profesora Bruttenholma okazała się być bardzo pomocna, ale przebicie się przez nią wymagało wielu bezsennych nocy. Bardzo wielu bezsennych nocy. Należało też zmienić taktykę działania oddziałów, uczulić niektórych idiotów na to, że jak słodko by to coś nie wyglądało, to może odgryźć mu nogę; że nie, tego czegoś nie dotykamy, dopóki samo nas nie zaczepi, a tamtego nie dotykamy nigdy i pod żadnym pozorem! Że, jeżeli ktoś chce być bohaterem, to niech lepiej upewni się najpierw, że ma dwa metry wzrostu i obwód bicepsa 50cm, a także jest czerwony, rogaty i na dobrą sprawę niezniszczalny. Inaczej gramy zgodnie z planem.

     To od Johna należało teraz tworzenie tego planu. Na Antarktydzie zmądrzał, wiedział, że nie chce zginąć przed czterdziestką, więc nie dał się wygnać w teren. Za to zakopał się w książkach, aktach i dokumentach profesora, podszlifował swoją znajomość historii, szeroko pojętego okultyzmu i religioznawstwa. Bezsenne noce spędzone w pustej bibliotece, przy wysuszonym zbiorniku Abe’a, powoli, bo powoli, ale przynosiły efekty. Mógł rozpoznać bez większych problemów większość stworzeń, które mogły stwarzać problemy dla ludności cywilnej i tych, które były niegroźne.

     Trochę przerażające było to, ile tych niegroźnych istot zostało błędnie wciągniętych na listę podpisaną „Likwidować”. Próby odkręcenia tego zajęły profesorowi Bruttenholmowi sporą część życia, a i tak przyniosły niewiele. John miał trochę więcej szczęścia – głównie dlatego, że miał mniej skrupułów i jako jeden z niewielu agentów miał wgląd w te listy, gdy nie były w użytku. Trochę korektora, wprawne użycie klawisza „Delete” i świat stał się odrobinę piękniejszy.

     Przynajmniej dopóki nowa dyrekcja nie zdecydowała, że jak najlepsze poznanie wroga, to droga do wygranej – więc poznajmy wroga naprawdę dogłębnie.

     Tak powstała Kostnica. Zespół pomieszczeń przypominających muzeum – gdyby tylko w jakimś muzeum wystawiali zamknięte w szklanych kostkach duchy magów i morderców, mumie, zamrożone ciała wilkołaków i wampirów, zębowe wróżki, gnomy i trolle, i... Sidhe.

- Perła kolekcji – mruknął gorzko John, stojąc nad martwym ciałem księcia elfów.

     Zimna twarz tchnęła spokojem, od którego trudno było odwrócić wzrok. Jej rysy były na pierwszy rzut oka ludzkie, ale było też w nich coś… innego. Coś, co przyciągało uwagę i czyniło księcia bardziej nieludzkim, niż w pełni przepoczwarzony wilkołak. Był umiarkowanie przystojny, miał mocne, ostre rysy twarzy i niepokojące cienie wokół oczu – ale coś sprawiało, że leżąc tak w ciszy i bezruchu, wydawał się oglądającym piękny.

     Agentki z Sekcji Piątej często spędzały przerwy obiadowe gapiąc się w obraz z kamery skierowanej na tę część Kostnicy. John po trochu je rozumiał, bo – Rany Julek, to najprawdziwszy elf! I mimo, że daleko mu do Legolasa, to, ja cię kręcę, kawał z niego mięcha… był!

     Dziewczyny musiały wychodzić częściej na miasto, John powtarzał do szefostwu nie raz. A oni powinni pochować księcia, jak nakazywała zwykła przyzwoitość. Może i był draniem, który zamordował wielu ludzi, może i chciał zniszczyć ich świat, ale…

     Ale teraz był martwy. Przegrał – na wiele sposobów. Jego plany legły w gruzach, jego świat został zepchnięty na bok, zapomniany po raz kolejny. Jego siostra nie żyła, a poddani nie chcieli o nim pamiętać.

     John rozumiał, że w świecie, z którego pochodzili Sidhe, pamięć była wszystkim. Zapomnienie było najgorszym, co mogło się im przytrafić. Świat magii był bardzo dosłowny – to jak cię postrzegają, znaczyło w nim, jaki jesteś. A jeśli cię nie postrzegali, proste, nie było cię.

     A książę Nuada, jak najbardziej był. I, mimo swoich win, zasługiwał na to, by o nim pamiętać.

     Oni wszyscy na to zasługiwali, bo ten świat piękny i straszny po równi, był czymś, co ludzkość odrzuciła może zbyt pochopnie. Był, jak porcelanowe lalki, którymi bawiły się babcie pokolenia Johna – ich koronkowe suknie wzbudzały podziw, ale nieruchome uśmiechy przerażały, gdy gasło światło. Lepiej było je schować gdzieś w szafie i próbować zapomnieć o tym, że gdzieś tam mogą błyszczeć ich szklane oczy.

     Niewielu ludzi zauważało, że razem z nimi chowa w tych szafach skrawki własnego dzieciństwa. Szeptane pod kocem sekrety i magię, którą zręcznie posługiwała się każda matka, całując „kuku”, żeby nie bolało. To było smutne.

     A on robił się sentymentalny na stare lata.

 - Masz ich dopiero dwadzieścia sześć, John! – przypomniał sobie stanowczo. – Jeszcze za wcześnie na ckliwe pogaduchy z duchami.

     Chociaż w jego zawodzie nigdy nie było też na to zbyt późno. Nigdy człowiek nie wiedział, kiedy wyślą go do jakiegoś nawiedzonego kościoła – bo, wbrew powszechnej opinii, duchy bardzo lubiły przebywać w kościołach, ponieważ było tam na ogół cicho i spokojnie. Zupełne przeciwieństwo cmentarzy.

     Wiedział o tym dzięki pewnej starszej pani, która od czasów wojny secesyjnej lubiła szydełkować w jednym z kościołów w Leesburgu pod Waszyngtonem. To była jedna z nielicznych misji, na które dał się wysłać i nie żałował tego. Luiza McCoy (tak, kochaniutki, z tych McCoy) była typem kochanej starszej babci, która z przymrużeniem oka patrzyła na wybryki „dzisiejszych młodych ludzi” i chętnie dzieliła się przepisem na placek jabłkowy (szalenie smaczny, nawiasem mówiąc). Nie szkodziła nikomu, siedząc sobie spokojnie w ławce pod witrażem, gdzie było dużo światła i wprawnymi ruchami dziergając koronkowe serwetki… do czasu, gdy jakiś młody głupek wpadł na pomysł obrabowania kościoła – co babci McCoy, całkiem słusznie, wcale nie przypadło do gustu. Nieszczęśnik wylądował na ostrym dyżurze z zawałem serca, a ducha starszej pani trzeba było uspokoić i zapewnić, że to nic poważnego i, że nie, nie zabiorą jej z kościoła.

     John lubił takie misje, które potwierdzały jego ciche przekonanie, że nie wszystko, co „nienaturalne” jest złe. Że można żyć w zgodzie z tym drugim światem, gdy tylko pozwoli  mu się istnieć po swojemu. Tam było naprawdę niewiele istot, które lubowały się w czynieniu zła – reszta chciała żeby ich po prostu zostawić w spokoju.

     Szkoda, że książę Nuada do nich nie należał. Wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej.

     Agent Myers po raz ostatni obiegł wzrokiem kamienny katafalk i opuścił Kostnicę. Wychodząc, zgasił za sobą światło i nawet nie zdziwiło go to, że nawet w ciemności, ciało księcia elfów lśniło.

.



Można prosić o taga z Hellboya?

Tags: autor: jeza red, fandom: hellboy, fanfiction, urbane fantasy
Subscribe
  • Post a new comment

    Error

    Anonymous comments are disabled in this journal

    default userpic

    Your IP address will be recorded 

  • 5 comments